Minister Ziobro, doktor samo dobro

Minister i poseł pan Ziobro – już nikt nigdy przez tego pana życia pozbawiony nie będziemierny prawnik, wiceminister sprawiedliwości w rządzie Buzka, zasiadał w komisji śledczej badającej aferę Rywina, autor przyjętego przez Sejm jej raportu końcowego. Obecnie szycha od prokuratorów, sądów i znawca Trybunałów Konstytucyjnych na całym świecie, czyli trzy w jednym. Człowiek – chorągiewka, który mówi zawsze to, co jest dla niego w obecnej chwili korzystne :

„Wady Jarosława Kaczyńskiego uniemożliwiają współpracę. On dzieli ludzi. Nawet przegrani nie wrócimy do PiS źródło

Obecny stosunek pana Zbyszka do szeroko rozumianego wymiaru sprawiedliwość, kształtował się na przestrzeni wielu lat, a jego determinacja do naprawy systemu pojawiła się po raz pierwszy w 1993 r., gdy był studentem prawa. Wprawdzie z miernymi wynikami, ale za to z bogatym życiem religijnym. Co niektórzy twierdzili, że większa karierę zrobiłby jako ksiądz i jak się okazało, nie mieli racji, bo pan Zbyszek poszedł w ministry.

Na początku lutego, roku pańskiego 1993, do miejsca zamieszkania pana Zbyszka zaczęły przychodzić brzydkie anonimy, które szkalowały jego tatusia, który za czasów PRL był prominentnym działaczem PZPR w Krynicy. Z czasem terroryści tak się rozzuchwalili, że oprócz standardowych kalumnii, zaczęli domagać się okupu. Pan Zbyszek postanowił, że nazbiera sobie tych listów i wytropi bandziorów, aby organom ścigania nie robić zbędnej roboty. W grudniu tegoż samego roku podał na tacy organom ścigania sprawców.

Policjanci, zgodnie z regulaminem, wpadli o 6 rano (ulubiona do dziś przez pana Zbyszka pora dnia), do akademika, wywlekli z wyrka zaspanego studenta Marka K, którego fachowo rzucili na glebę i poskładali kajdankami. Jako że sytuacja nie była fortuna do konwersacji i zadawania pytań w stylu: ale o co chodzi?, Marek K. dopiero na komisariacie dowiedział się, że jest terrorystą, który chce wyrwać od pana Z. okup i że na dodatek groził panu Zbyszkowi, że go zabije. Lekko oszołomiony zarzutami Marek K. odparł, że nigdy nic nie pisał do pana Ziobro i ogólnie uważa, że pan Zbyszek ma trwałe zmiany w mózgu, i to wszytko co ma do powiedzenia.

Pan Zbyszek na to wszystko odparł, że: W swych zeznaniach i zawiadomieniu o przestępstwie powiedziałem, że podejrzewam go jako jednego ze sprawców anonimów, uważam tak nadal i jestem w pełni przekonany, że to on, K., wraz z G. są sprawcami anonimów żądających złożenia okupu kierowanych pod moim adresem. (…) z rozmów przeprowadzonych z nimi tak wywnioskowałem i utwierdziłem się w tych przekonaniach.

Z dalszych zeznań wynikało, że pan Zbyszek stopniowo nabierał podejrzeń do szerszego grona swoich kolegów. Otóż w sprawie pojawia się kolega Jarek, który pomieszkiwał wraz z rzuconym na glebę Markiem K. w mieszkaniu pana Zbyszka. Swoje odczucia w stosunku do współlokatora, nękany donosami, poszkodowany tak opisał: „z mojej strony byłem do niego wewnętrznie mocno sceptycznie nastawiony” (pisownia oryginalna z protokołu policyjnego). O tym, skąd ta postawa sceptyczna wynikła, zeznał w czasie rozprawy sądowej: nie odpowiadała mi jego postawa wobec życia, jego poglądów”. Przy okazji dostało się też koledze Markowi K, który: „także nie miał słusznych poglądów: według oskarżonego ważne było to, aby używać życia nawet kosztem innych”.

Pan Zbyszek przedstawił Wysokiemu Sądowi, w jaki sposób doszedł do wykrycia sprawców. Otóż punktem wyjścia było pozbycie się lokatorów, a z uwagi na podły charakter oskarżonego Jarka podał mu:nieprawdziwą przyczynę konieczności opuszczenia mojego domu…” i tu nastąpił kluczowy moment, który wytyczył dalsze tory śledztwa: „straciłem do Jarosława zaufanie – zeznał Ziobro – gdy oddał mi klucze do mieszkania i domofonu, i jak stwierdziłem, klucz od domofonu nie był ten, który sobie dorabiał.”

Tak więc gdy pojawiły się pierwsze listy z pogróżkami i żądaniami okupu, jasnym było, że sprawcami muszą być ludzie wyzuci z wartości katolickich. Pan Zbyszek dodał jeden do jednego i wyszło mu jak w pysk – Marek K. i Jarosław. Na pytanie, dlaczego sprawy nie zgłosił od razu, pan Zbyszek odpowiedział to samo, co i dziś mówi w stosunku do wymiaru sprawiedliwości, że:nie miałem zaufania do policji, obawiałem się, że podejdą do tego rutynowo”, ponadto chciał się wykazać obywatelską postawą:Chciałem się przeciwstawić w sposób aktywny do działania sprawców”. Ogólnie na początku nie czuł się zagrożony do momentu, w którym  pojawił się motyw okupu.

Sąd powołał grafologa w osobie Antoniego Felusia, który stwierdził, że jego zdaniem donosy pisane były ręką Marka K., któremu Sąd Rejonowy w Krakowie wlepił rok pozbawienia wolności w zawiasach na trzy lata, przy stosunku głosów 2 do 1. Jeden z ławników zgłosił votum separatum. Pan Marek, jak na kryminalistę przystało, uparcie twierdził, że jest niewinny jak baranek wielkanocny i złożył apelację. Wykonano ponowną ekspertyzę, która przyniosła wynik zgoła odmienny, więc sąd sprawę skierował do powtórnego rozpatrzenia, do sądu okręgowego.

Niekorzystna ekspertyza grafologa wybiła z ręki, poszkodowanemu i zaszczutemu donosami panu Zbyszkowi, główny dowód w sprawie. Na takie dictum pan Zbyszek postanowił ujawnić kolejny miażdżący dowód w postaci taśm magnetofonowych (dziś pewnie byłoby łatwiej, bo pan Zbyszek jest specjalistą od dyktafonów), na których nagrani byli oskarżeni. Okazało się, że jak już pan Zbyszek nabrał przekonania, że jest nastawiony wewnętrznie sceptycznie” co do postaw i wyborów życiowych swoich kolegów, postanowił bandytów nagrywać w tajemnicy.

Zastosował metodę prowokacji pod operacyjną nazwą „kontrolowany zakupu narkotyków” w postaci skręta z marychy. Swoich kolegów nagrywał, gdzie się dało: w pokojach akademickich, na imprezach, namawiając ich do sprzedaży zioła, tak by udowodnić, że oskarżeni nie dość że ściągają okupy, to jeszcze zajmują się dilerką. Kumple nie chcieli mu towaru sprzedać, tylko dawali za darmo; jasnym więc stało się dla pana Zbyszka, że tym sposobem chcieli uzależnić go od THC. Żeby zaś sąd później nie miał wątpliwości, skąd oskarżeni wiedzieli, że pan Zbyszek może mieć kasę na okup, to w razie czego zawczasu pokazywał złoczyńcom swoje wyciągi z banku. Sąd jednak stwierdził, że nie będzie taśm odsłuchiwał, o których istnieniu pan Zbyszek przypomniał sobie dopiero po trzech latach.

Zdeterminowany ukaraniem oczywistych zbrodniarzy, pan Zbyszek rzutem na taśmę powołał na świadka swojego młodszego brata, który oświadczył uroczyście, że rozpoznaje głos Marka K, który usłyszał w telefonie w okresie procederu wymuszania. Sąd rezolutnie zapytał, jak to jest możliwe, że rozpoznaje głos człowieka, którego wcześniej nie znał i na domiar złego oskarżony do tej pory na sprawie się jeszcze nie odezwał. Sąd sprawę uznał za wyjaśnioną i uniewinnił Marka K., na co pan Ziobro odpowiedział apelacją, w wyniku której wyrok uniewinniający został utrzymany w mocy.

Tak jednak być nie mogło, żeby bandyci chodzili po ulicach wolni, więc pan Zbyszek złożył papiery, aby skasować ten niesprawiedliwy i krzywdzący wyrok. W roku 2000 Sąd Najwyższy postanowił uchylić wszystkie dotychczasowe wyroki, aby ówczesny wiceminister Zbigniew Ziobro mógł z czystą kartą udowodnić winę złoczyńcom i rozpocząć pierwszy etap w procesie dobrych zmian. Zlecono kolejną trzecią ekspertyzę, na którą wywalono 53 tysiące złociszy. Za taką kasę ekspertyza musiała być dokładna i rzeczywiście tak się stało. Opracowanie ma kilkaset stron, na których jednoznacznie wykazano, że Marek K nie był autorem donosów. W marcu 2003 r., po 10 latach rozpraw, Marek K. pomówiony przez Zbigniewa Ziobrę został ostatecznie uniewinniony.

Wyrok jest prawomocny.

Możemy spać spokojnie – pan minister Ziobro czuwa, aż dreszcze przechodzą po plecach…

Jarek, Marek i… Zbyszek