„Religia jako opium ludu” czyli rzecz o ateistycznych tezach Karola Marksa – część I.

„Religia jako opium ludu” czyli rzecz o ateistycznych tezach Karola Marksa – Część I.

By Anna Gabriella Lilith Gajda

1414758655_xtnj7u_600

I. WPROWADZENIE DO FILOZOFICZNEJ KONCEPCJI RELIGII MARKSA.

Karol Marks najbardziej powszechnie jest znany jako twórca filozoficznej, utopijnej doktryny komunizmu, a dokładniej tzw. socjalizmu naukowego, aczkolwiek ów filozof ma na swoim koncie również wiele innych interesujących koncepcji, w tym również takich, które dotyczą kwestii religii oraz ateizmu. O jego poglądach na religię można śmiało powiedzieć, iż są one na wskroś przesycone ateistyczną postawą filozofa, który nie odmawia sobie wcale ostrej krytyki religii w swych pismach.

Postać Marksa jest obecnie postacią ze wszechmiar legendarną, a on sam, dzięki swym dziełom dołączył do panteonu najwybitniejszych umysłów w historii ludzkości, zyskując tym nieśmiertelność. Był on filozofem i działaczem rewolucyjnym, a także ideowym przywódcą międzynarodowego ruchu robotniczego, który żył w latach 1818 – 1883. Urodził się on w Trewirze, natomiast zmarł w Londynie.

Wiele spośród idei i poglądów Marksa zawartych w jego pismach dotyczy, bezpośrednio bądź pośrednio, kwestii religii i można by długo o nich pisać. W tej pracy postaram się jednak ograniczyć do poglądów najbliższych meritum niniejszego wywodu, a więc słynnej tezy Marksa, iż „Religia to opium ludu”.

W zrozumieniu filozoficznej koncepcji religii Marksa bardzo pomocne jest przywołanie najistotniejszych założeń jego doktryny, odwołując się do wybranych fragmentów jego pism, co też postaram się tu uczynić.

Zacznę może od omówienia pokrótce podstawy irrealnej krytyki, jaką podaje Marks w swych pismach. Mianowicie, podług niego, to nie religia tworzy człowieka, lecz całkiem odwrotnie – to człowiek tworzy religię. To bardzo istotne stwierdzenie, jakie pozwala na desakralizację pewnego uświęconego religijnego poglądu, jaki czyni z religii pewną nadrzędną świętość, spychając zaś człowieka na niższą pozycję, jako istotę gorszego rodzaju. Można zresztą przytoczyć różne argumenty potwierdzające ową tezę Marksa. Wystarczy choćby spojrzeć na całą historię religii od samego początku ludzkości. Ewidentnie widać, iż począwszy od najbardziej prymitywnych form religii i kult sił natury czy żywiołów, aż po dzisiejsze jej postaci, jedne religie powstawały, a zaś następnie były wypierane przez inne, nowsze formy religii i przestawały istnieć, przestawały żyć, stając się martwymi tworami czasów przeszłych. Ponadto uwidacznia nam się tu to, jak bardzo owe nowo powstające religie były uzależnione i zdominowane przez to, jaką postać i cechy posiadała im współczesna cywilizacja, i które stanowiły odpowiedź na potrzeby i wymagania czasów czy epoki, w jakiej powstawały. Bez problemu można doszukać się w każdej z religii odbicia epoki i cech cywilizacji im współczesnych. A co zatem, wzrost poziomu ewolucji ludzkości i świata jest wprost proporcjonalny do stopnia ewolucji kolejnych form religii.

Ale najistotniejszym z dowodów tu jest jednak fakt przemijalności religii i to, że istniało tak wiele jej form, które w sposób chronologiczny wpierw „rodziły się”, a następnie „umierały”, wypierane przez inne, nowsze formy, jakie właśnie były tworem człowieka im współczesnego – przecież, gdyby to religia tworzyła człowieka, to nie mogłaby ona zostać wyparta i przestać istnieć, bo wtedy musiałby również przestać istnieć i człowiek, którego ona miała niby stworzyć. A przecież już tak bardzo wiele różnych religii przestało istnieć, a człowiek jakoś nadal istnieje, zupełnie niezależnie od istnienia religii – n’est-ce pas? Czyż antyczny kult bogów olimpijskich z czasów Grecji starożytnej nie jest dziś religią martwą, która dawno już przeszła do historii, ginąc w mrokach przeszłości, wyparta przez inne, nowe formy religii, a tu akurat zwłaszcza przez rodzącą się dopiero wówczas religię chrześcijańską? Czyż religia pogan germańskich bądź czcząca nordyckie bóstwa takie, jak Thor czy Loki, nie jest dziś tworem martwym, należącym do przeszłości, a ich miejsce zajęły nowe formy religii? Odpowiedź na te pytania jest raczej zbędna i można uznać, iż są to jedynie pytania retoryczne.

Dalej Marks formułuje pogląd na temat człowieka, który podług niego nie stanowi wcale a wcale istoty oderwanej, która istnieje gdzieś poza światem, bo człowiek to „[…] świat człowieka, państwo, społeczeństwo”. Marks wskazuje właśnie na owo państwo i społeczeństwo, jako twórców religii, która jest „[…]odwróconą na opak świadomością świata”.

Podług Marksa religię należy rozumieć jako swoistą projekcję ogólnej teorii tego świata, jako jego encyklopedyczny skrót i jego logikę, tyle że podaną w popularnej formie, co jest tu nad wyraz istotne. Ponadto jest ona też entuzjazmem tego świata, jego sankcją moralną, jego uroczystym dopełnieniem i pocieszeniem. Religia ma stanowić tylko niejako „duchowy aromat tego świata”.

Co więcej, religia stanowi zarazem wyraz i protest rzeczywistej nędzy tego świata i ludzkiego istnienia. Jak ujmuje to pięknie sam Marks religia jest:

[…]  westchnieniem uciśnionego stworzenia, sercem nieczułego świata, jak jest duszą bezdusznych stosunków. Religia jest opium ludu […].

Przytoczone powyżej poglądy Marksa można dość prosto wyjaśnić i rozwinąć. Filozof ów bowiem dopatruje się roli źródła i przyczyny powstania religii w owej nędzy rzeczywistości i istnienia ludzkiego. Ona to bowiem właśnie rodzi potrzebę buntu i protestu przeciw niej. Człowiek w ramach owego buntu i protestu tworzy właśnie religię, jaka ma stanowić na tę nędzę swoiste „antidotum”. Człowiek, jako owo „uciśnione stworzenie” szuka pocieszenia i pokrzepienia ducha w religii, jaka daje mu iluzoryczne ukojenie, wytchnienie, pociechę i poczucie szczęścia. Ale tylko i wyłącznie iluzoryczne.

images (2)

Tezę, iż religia jest opium ludu najłatwiej wyjaśnić chyba poprzez analogię do działania narkotyków oraz teorii Fromma o narkotykach jako pewnego „substytut”, pozornie zaspakajającego pewne potrzeby czy pragnienia człowieka, jako zastępczy środek w przypadku braku środka niezbędnego do ich zaspokojenia.

Opium to jedna z substancji psychoaktywnych podług naukowych teorii chemicznych zaliczana do dość wąskiej grupy tzw. narkotyków. Ma ona działanie silnie narkotyczne, podobnie jak inne narkotyki stwarzające iluzoryczne poczucie szczęścia. Erich Fromm w swym dziele pt. „O sztuce miłości” rozprawiając o jednej z najbardziej elementarnych i esencjonalnych potrzeb człowieka, za jaką uważa on potrzebę miłości – ale miłości prawdziwej, dojrzałej, niemalże doskonałej, jaka jest rzadkością – narkotyki uznaje za jeden z substytutów, którymi człowiek usiłuję ową potrzebę zaspokajać, gdy nie jest on w stanie zaspokoić jej takową miłością z racji jej braku. Jednak owe substytuty zaspokajają ową potrzebę tylko pozornie i jedynie chwilowo, dając przez chwilę tylko złudzenie zaspokojenia, ale i – iluzję szczęścia.

To, w jaki sposób działają narkotyki stanowi raczej rzecz oczywistą i powszechnie każdemu znaną. Zwykle służą one jako pewna odskocznia czy ucieczka od przykrej rzeczywistości, od problemów, cierpienia czy bólu, ponieważ właśnie stwarzają one pewną iluzję szczęścia, iluzję szczęśliwego świata, w którym znika owa przykra rzeczywistość, w którym nie istnieją owe problemy, cierpienie czy ból. Człowiek odurzony narkotykami, czyli będący „na haju”, nie ma pojęcia o jakichkolwiek negatywnych aspektach rzeczywistości, o problemach czy cierpieniu, jest uwalony i szczęśliwy, wolny od trosk, odczuwa błogie poczucie zadowolenia i przyjemności. I analogicznie działa właśnie również i religia, stanowiąc „opium ludu” – duchowy narkotyk i substytut dający iluzoryczne pocieszenie.

Religia, podobnie jak i narkotyki, powoduje, iż całe zło ludzkiej rzeczywistości znika, niosąc pocieszenie i pokrzepienie dla istoty ludzkiej, borykającej się ze złem i problemami rzeczywistości. Jednocześnie wprawia go w stan odurzenia, jak po narkotykach, wywołując iluzoryczny stan zadowolenia, szczęścia czy poczucia bezpieczeństwa. Człowiek wierzący, odurzony religią, jest uwalony i szczęśliwy, żyje w pięknej i przyjemnej iluzji swego odurzenia, nie mając bladego pojęcia o faktycznej rzeczywistości. Jest on taki sam jak naćpany narkoman – traci zdolność dostrzegania rzeczywistości, jak też świadomość…

Marks określa religię też dlatego „urojonym szczęściem ludu” i podług niego wymaga ona zniesienia, jeśli ma być osiągnięte prawdziwe szczęście ludu. Religia bowiem to pewne złudzenia danej osoby, co do jego faktycznej sytuacji, a zatem jej zniesienie będzie równoznaczne z koniecznością porzucenia owych złudzeń, co do swojej sytuacji przez tę osobę, a co oznacza także konieczność porzucenia samej tejże sytuacji, która bez owych złudzeń nie może się obejść.

Marks zrównuje krytykę religii z krytykę „tego padołu płaczu”, jak to poetycko określa ten świat i rzeczywistość, jako że religia jest „nimbem świętości” owego padołu płaczu. I w tejże krytyce religii dopatruje się on drogi do uwolnienia człowieka od złudzeń, od owego jedynie urojonego szczęścia, od iluzorycznej odwróconej wizji świata. A przez co umożliwia ona człowiekowi myślenie, działanie i kształtowanie własnej rzeczywistości, jako człowiekowi, który wyzbył się owych iluzji i odzyskał „rozum”, znaczy się rozumowe, realne i racjonalne myślenie oraz percepcję rzeczywistości. Tym samym pozwalając mu aby „obracał się” on wokół samego siebie, co Marks uznaje za prawdziwe „słońce” człowieka, a co stanowi wyraz jego stricte antropocentrycznej postawy i poglądów. To właśnie antropocentryzm bowiem umieszcza człowieka w centralnym punkcie, czyniąc go nadrzędnym i najistotniejszym, detronizując tym samym Boga i jego apodyktyczne zwierzchnictwo nad ludzkością.

31142

Poglądy te jednoznacznie prowadzą nas zaś do finalnej tezy, jaka kończy marksistowską krytykę religii. A mianowicie, bazując na uprzednich antropocentrycznych poglądach, Marks detronizując Boga, czyni właśnie człowieka istotą najwyższą dla człowieka! Co zatem, krytyka religii kończy się więc kategorycznym nakazem obalenia wszelkich stosunków, jakie opierają się na czynieniu z człowieka istoty poniżonej, ujarzmionej, opuszczonej i godnej pogardy.

To zaś uwidacznia nam pewien fakt na temat Marksa i jego teorii, a zwłaszcza jego filozoficznych koncepcji religii, jak też krytyki religii. Mianowicie z powyższych poglądów wyziera żarliwa troska filozofa o dobro człowieka. Fakt, iż krytykuje on religię bowiem wcale a wcale, nie płynie stąd, iż Marks był po prostu „wstrętnym” ateistą, lecz stanowi raczej działanie podejmowane w imię dobra człowieka, w obronie jego godności, wolności i rozumności. I to właśnie owo dobro człowieka stanowi zasadniczo cel owej krytyki religii, jaką dokonuje Marks, jako że podług niego religia dopuszcza się rażącej degradacji istnienia ludzkiego. Tu zaś nasuwa się pytanie, o to, dlaczego religia degraduje to istnienie ludzkie i o to, czym wobec tego jest ta religia?

Odpowiedź jest prosta. Primo, religia stanowi niejako odzwierciedlenie sytuacji ludzkiej i ludzkiej nędzy, a w szczególności zaś pewnych iście nieludzkich stosunków społecznych, jak choćby typowych dla feudalizmu. Religia stanowi bowiem niejako lustro, w którym odbija się poniżenie i wyzysk jednych ludzi przez innych. A zarazem stanowi ona niejako lekarstwo, antidotum na cierpienia klasy wyzyskiwanej – ów narkotyk, który sprawia, że znika całe zło i uśmierza ból niczym morfina. A więc co zatem, religia stanowi ów narkotyk, owo opium, jakie aplikuje sobie lud, a który wcale niczego nie leczy, a jedynie uśmierza i „maskuje” tylko ból istnienia.

Natomiast dla klasy ciemiężycieli religia stanowi coś zgoła innego. A mianowicie stanowi ona dla nich pewne uprawomocnienie i usprawiedliwienie dla nierówności i wyzysku proletariatu czy mas pracujących.

Wracając do tego, że religia jest substytutem szczęścia, dodam, że stanowi ona narkotyk, który daje tylko pozorne szczęście, szczęście „zastępcze” (substyut) i urojone, ledwie namiastkę szczęścia, bowiem w istocie nie zmienia ona zupełnie nijak faktycznej sytuacji ludzkiej a tylko ją „maskuje”, zafałszowuje jej obraz, kryjąc za przyjemną i szczęśliwą iluzją.

Marks zatem oskarża religię o to, że posiada ona antyludzki charakter. A to dlatego chociażby, że miast wyciągać ludzi z owej nędzy, to poprzez tworzenie pozornego szczęścia i mamienia iluzjami, podtrzymuje jeszcze ową sytuację i ludzi w tej nędzy, którzy odurzeni tą narkotyczną iluzją pozornego szczęścia, stają się bierni i zadowoleni ze swej sytuacji, a więc nie robią nic aby tę sytuację zmienić, tkwiąc w niej dalej. Religia sprawia, że ludzie godzą się ze swą nędzą i akceptują ją, a przez to odbiera im wszelką energię i wolę walki z biedą oraz uciskiem. Tu Marks wysnuwa konkluzję zatem, iż każdy człowiek, któremu zależy na dobru ludzi, nie może godzić się na istnienie religii.

Marks uznaje, że religia jest powodowana niesprawiedliwością ekonomiczną i społeczną. Stąd zaś konkluzja, że sednem prawdziwej walki z religią nie jest wcale jej bezpośrednie zwalczanie, lecz zmiana istniejącej, złej czy niesprawiedliwej sytuacji, a która polega na likwidacji zła takiego, jak wyzysk, niesprawiedliwość czy krzywdy ludzkiej, etc. Zmiany wymaga bowiem ów ekonomiczny byt, likwidacji domaga się niesprawiedliwość, po to, by zaszła zmiana świadomości ludzkiej, której przejaw stanowi właśnie religia. Co istotne tutaj, to świadomość tego, iż faktycznie religia oraz istnienie Boga stanowią jedynie złudzenie, zaś prawdę stanowi, to co Ludwik Feuerbach wyraził, iż to: „[…] człowiek jest bogiem człowieka”.

Marks ową zmianę ujmuje jako pewien proces, w którym dochodzi do przekształcenia człowieka religijnego, czyli niedojrzałego, w człowieka dojrzałego, a więc niereligijnego. Proces ów zaś polega na odrzuceniu urojonego Boga, który w istocie stanowi tylko swoiste ubóstwienie niezrealizowanych ludzkich pragnień, sprawiedliwości i szczęścia.

Reasumując powyższe rozważania, należy podkreślić, iż religia podług koncepcji Marksa stanowi zjawisko, które sprowadza się do faktu społecznego i właśnie tak rozumiana stanowi ona owo „opium ludu”. Ponadto stanowi ona także wyraz nędzy klasy uciskanej i wyzyskiwanej.

Co do oceny koncepcji filozoficznej religii Marksa, warto tu dodać, iż zasadniczo intencję jego filozoficznych poszukiwań można uznać za dobrą, jako że kierowała się ona wartościami takimi jak obrona człowieka przed wyzyskiem i niesprawiedliwością. Ponadto interesujące w jego koncepcjach jest dokonanie konsolidacji obszaru bytu (blazy) i świadomości (nadbudowy) oraz uwypuklenie terapeutycznej funkcji pełnionej przez religię.

Pora zatem przejść do dalszy rozważań filozoficznych koncepcji religii Marksa.

Jak wynika z uprzednio tu poczynionych rozważań, religia stanowi integralną część istnienia społeczeństwa. Społeczeństwo jako swoista jednostka bytu ludzkiego, posiada właściwy sobie sposób istnienia i „myślenia”. Co więcej, społeczeństwo to należy uznać za „wyższy” byt aniżeli jednostki. Społeczeństwo posiada swoistą zbiorową świadomość, którą jest świadomość społeczna, a ta zaś tworzy kulturę.

Co do społeczeństwa, to warto wspomnieć o interesujących poczynaniach Durkheima, który to podczas analizowania życia społecznego, uczynił przedmiotem swego zainteresowania przede wszystkim kwestię więzi społecznych i integracji społecznej oraz czynników integracyjnych. Dokonał on wówczas frapującego spostrzeżenia, iż istotną rolę w procesie integracji społecznej odgrywają symbole, a w szczególności właśnie symbole religijne. I tak, analizując życie ludzi, którzy zaludnili dopiero co nowe osiedle, zauważamy, iż początkowo nie tworzą oni żadnej społeczności. Lecz w pewnym momencie na owym nowym osiedlu wyrasta krzyż, a tuż po nim – kościół, który przyciąga większość mieszkańców, jako wspólne miejsce spotkań i bytowania. Tak oto gradualnie owo przypadkowe zbiorowisko jednostek zaczyna przekształcać się w pewną zorganizowaną społeczność[1].

 

II. O METAFORZE RELIGII JAKO OPIUM LUDU MARKSA.

images

Zainteresowanie wielu teologów wzbudziło pochodzenie metafory sformułowanej przez Marksa, ujmującej religię, jako opium ludu. Jak wykazały badania wielu naukowców, na tę funkcję religii uwagę zwracało już wielu myślicieli przed Marksem.

I tak przykładowo Heine nazwał religię „duchowym opium” i powiadał, że – cytując: „[…] opium i religia są znacznie bliższe sobie, niż to się na ogół przypuszcza”.

Z kolei Bruno Bauer o teologii pisał, iż: „[…] usypia dążenia wolnych ludzi”, poprzez wywieranie „[…] wpływu podobnego jak opium”. Natomiast Moses Hess zwykle wymieniał jednym tchem: „[…] opium, religię i wódkę”, po czym wyjaśniał, iż człowiekowi, który jest przygnębiony świadomością życia w niewoli religia przynosi pocieszenie; podług niego bowiem to właśnie owa wiara w to, że jest rzeczywiste to, co nierzeczywiste i że nierealne jest to, co realne ma na cierpiącego działanie kojące jak opium.

Widzimy zatem, że również i te myśli Marksa o religii nie biorą się znikąd i nie są one wcale oderwanymi koncepcjami zawieszonymi w próżni, lecz mają one swe korzenie w określonych tradycjach, do których Marks zresztą nawiązuję w pełni świadomie, akceptując w nich to, co uznaje za słuszne, a zaś swój wysiłek intelektualny koncentruje na ich rozwinięciu i niejako na – jak to ujmuje Andrzej Rusław Nowicki – „[…] dobudowywaniu najwyższych pięter”.

Analizując dzieło Marksa pt. Przyczynek do krytyki heglowskiej filozofii prawa, można zauważyć, iż posługuje się on tam aparaturą pojęciową typową dla Hegla i młodoheglistów, której cechą charakterystyczną są pojęcia takie, jak np.: samowiedza, autoalienacja, prawdziwa rzeczywistość, opium, itp. Tam też Marks formułuje pewne twierdzenia dotyczące religii, jakie przybliżę tu nieco następnie.

O pierwszym z owych twierdzeń wspominałam już tu uprzednio, a mianowicie jest to twierdzenie, iż religia stanowi twór ludzki, a to człowiek jest kreatorem religii, który ją tworzy. Drugie ze stwierdzeń Marks ujmuje następującymi słowami:

„[…] religia jest to mianowicie samowiedza i poczucie samego siebie u człowieka, który siebie bądź jeszcze nie odnalazł, bądź już znowu zagubił […]”.

A zatem, mówiąc innymi słowy, religię uznaje za produkt takiej sytuacji społecznej, w której człowiekowi odmawia się rangi istoty w pełni rzeczywistej, z racji tego, iż pozbawiony jest on możliwości rozwinięcia w pełni własnego człowieczeństwa bądź to zostaje mu to człowieczeństwo odebrane w efekcie procesów alienacyjnych. A więc, można powiedzieć, iż religia wyrasta z takiej – cytując – „[…] sytuacji, która bez złudzeń obejść się nie może”[2]. Człowiek pozbawiony możliwości rozwinięcia w pełni własnego człowieczeństwa, szuka potrzebnego mu „złudzenia”, „pociechy”, owego „opium”, jako nędznego substytutu; a pozbawiony możliwości osiągnięcia rzeczywistego szczęścia, sięga po ów substytut, czyli „szczęście urojone”.

I w tym znaczeniu zatem – cytując – „[…] religia jest opium ludu”[3].

I wreszcie ostatnie twierdzenie, które dotyczy dwóch wniosków, jakie wynikają z rozpoznania tejże funkcji religii jako „opium”, czyli „złudzenia”, „pociechy” i owego „urojonego szczęścia”, a w tej funkcji pełni rolę środka służącego do godzenia człowieka z nieludzką rzeczywistością, a też środka nasennego, jaki usypiać ma dążenie do zmiany i przebudowy społeczeństwa, który paraliżuje energię rewolucyjną i odwraca uwagę od walki klasowej. Pierwszy wniosek to fakt konieczności walki z religią jako przeszkodą w mobilizowaniu mas do walki rewolucyjnej. Zaś drugim wnioskiem jest fakt przesunięcia punktu ciężkości z krytyki religii samej w sobie bezpośrednio, na pośrednią krytykę stosunków społecznych, stanowiących główną przyczynę procesu dehumanizacji, czyli „odczłowieczania” człowieka, powodującą pozbawianie go cech ludzkich oraz możliwości rozwinięcia w pełni ludzkiej osobowości, jak też wszelkich indywidualnych uzdolnień jednostki.

Dość interesującą kwestią jest tutaj stanowisko teologów chrześcijańskich oraz filozofów o poglądach anty – marksistowski względem omawianej uprzednio marksowskiej ewaluacji społecznej funkcji religii.

Andrzej Rusław Nowicki, w swej pracy pt. Ateizm, opisuje trzy stanowiska, jakie uznaje za interesujące i warte poznania.

Dwa pierwsze z tych stanowisk wyrażają aprobatę dla niektórych postulatów Marksa. W przypadku pierwszego z nich powód takowej aprobaty stanowi to, iż dopatruje się w tych postulatach niejako hołdu, jaki Marks składa wartościom poznawczym religii. W przypadku drugiego zaś powodem jest aprobata dla funkcji religii jako opium. Natomiast trzecie z owych stanowisk przyjmuje postawę zgoła odmienną, kwestionując słuszność określenia religii opium ludu.

Pozwolę sobie tutaj nieco przybliżyć każde z owych trzech stanowisk, omawiając je pokrótce kolejno.

I tak reprezentantem pierwszego stanowiska jest protestancki teolog Eric Weil z Lilie. Cel jego starań stanowi dowiedzenie prawdziwości twierdzenia, iż dla Marksa religia wcale nie stanowi fałszu, z racji tego, że – cytując – „[…] odsłania istotę istniejącego świata”[4]. Twierdzi on, iż podług Marksa „religijna autoalienacja” (niem. religiöse Selbstentfremdung) stanowi niejako odsłonięcie, obnażenie czy objawienie „wewnętrznego rozdarcia i sprzeczności” cechującego istniejące społeczeństwa. Stąd zaś twierdzenie jakoby religia podług Marksa ma posiadać wysoką wartość poznawczą. Te twierdzenia  jednak rodzą sporo wątpliwości i można by tu wskazać na następujące kwestie.

Primo, w pismach Marksa wielokrotnie pojawia się stwierdzenie negujące ujmowanie religii jako „odsłonięcia” (Enthullung), a które określą ją właśnie jako „zasłanianie” (Yerhullung), jako maskowanie i mistyfikowanie rzeczywistości. Secundo, podług Marksa owo maskowanie i mistyfikowanie ma na celu pełnić rolę usprawiedliwienia, upiększania, aprobowania i gloryfikacji, czyli sankcjonowania panującego porządku społecznego. A więc co zatem, religia nie może posiadać wartości poznawczo – demaskatorskich względem niesprawiedliwego ustroju społecznego, lecz całkiem odwrotnie, bo właśnie pełni ona funkcje maskująco – apologetyczne. Tertio, w treści tekstów Marksa, do jakich odwołuje się Weil, nie ma absolutnie żadnej wzmianki autora o rzekomo odkrywczej treści refleksu religijnego, a autor pisze jedynie o jego genezie. Z tego zaś można co najwyżej wysnuć konkluzję, iż sam fakt istnienia jakiegokolwiek refleksu religijnego można uważać za symptom wewnętrznego rozdarcia i sprzeczności w obrębie ustroju społecznego.

Niestety wiedza, jaką pozwala to zdobyć jest w tak wielkim stopniu ogólnikowa, iż bazując na owym symptomie nie jest możliwe nawet udzielenie odpowiedzi na pytanie o to, na jaką formację społeczno – ekonomiczną ów symptom wskazuje. I tak quarto, nawet w przypadku, gdyby takowa wiedza była bardziej konkretna, to i tak stanowiłoby to to tylko potwierdzenie faktu, iż treść religii ma charakter pozareligijny. A jeśli nawet uznać by za prawdę to, że religie coś odsłaniają i objawiają, to i tak z takowych objawień nie uzyskujemy absolutnie żadnych informacji czy wiedzy o „bogach” bądź „niebie”, lecz co najwyżej dowiedzieć się z nich możemy czegoś odnośnie ludzi i realnym świecie. I wreszcie quinto – a to zaś jest tu najistotniejsze – Weil usilnie stara się na siłę nafaszerować teksty Marksa idealistyczną myślą, a zapomina przy tym o fakcie, iż Marks przecież był zdeklarowanym materialistą oraz twórcą materializmu historycznego.

A tym niemniej w tekście Marksa nie zawarto zupełnie nic o zdobywaniu wiedzy o „istocie świata” za pomocą studiowania refleksu religijnego, a wręcz całkiem przeciwnie i Marks dobitnie akcentuje fakt, iż warunkiem, jaki umożliwia dopiero zrozumienie tego ,w jaki sposób dochodzi do powstania alienacji religijnej i co stanowi jej istotny sens, jest wiedza o obiektywnych społeczno – ekonomicznych sprzecznościach w obrębie istniejącego społeczeństwa.  Weil, który jest idealistą, posądza Marksa o myśl, podług której jakoby wyobrażenia religijne miały zawierać w sobie „prawdę o świecie”. Aczkolwiek Marks natomiast wysuwa twierdzenie, że przecież to wiedza naukowa o społeczeństwie stanowi jedyny klucz, umożliwiający poprawną interpretację jego zniekształconego, religijnego odbicia. Ale może już dość o tym stanowisku, przejdźmy do kolejnego.

Reprezentantem drugiego stanowiska jest z kolei teolog chrześcijański, Daniel T. Niles z Cejlonu. Wyraża on aprobatę dla określenia religii sformułowanego przez Marks i, jak mówi – cytując:

[..] To prawda, że religia stanowi opium dla mas, ponieważ prawdziwa religia uspokaja dążenie do zemsty […][5].

Tym sposobem zaś przyczynia się ona do „złagodzenia” antagonizmów pomiędzy jednostkami. Warto tutaj jednak zapytać o to, dla kogo taka funkcja religii jest najbardziej lukratywna? I oto, kto najbardziej zabiega o owo „łagodzenie” walki klasowej oraz wygaszanie „dążenia do zemsty” za wyrządzane krzywdy i upokorzenia, a także o to, by paraliżować energię rewolucyjną mas i wykształcanie w nich postawy rezygnacji oraz aprobaty dla panującego porządku społecznego? Najwięcej wnoszą w tym względzie słowa wypowiedziane przez filozofa i psychologa Williama McDougalla (1871 – 1938), a w szczególności z racji tego, iż ów myśliciel przez kilkadziesiąt lat świetnie sobie radził bez religii,  i dopiero, gdy miał już ponad sześćdziesiąt lat zadecydował, aby wspomóc religię i bynajmniej nie skłoniły go do tego żadne własne przeżycia religijne, lecz raczej społeczna funkcja, jaką pełni religia. Powziął on bowiem przekonanie o niezbędności religii do celu ratowania zagrożonej cywilizacji. Jak to wyraził sam McDougall – cytując:

[..] Świat najwyraźniej odchodzi — pisze McDougall — od starych wierzeń religijnych. Coraz widoczniej i ze wzrastającą szybkością zdobywa sobie uznanie czysto materialistyczny pogląd na świat, niszcząc stare wierzenia […][6].

Przy czym, pojęcie cywilizacji oznacza dla McDougall’a tutaj cywilizację zachodnią, zaś zagrożenie tejże cywilizacji stanowi nie tylko rewolucyjny ruch robotniczy, lecz również wzrastająca liczebność populacji ludów kolorowych. Aczkolwiek w tej kwestii McDougall podkreśla, iż nie wynika to bynajmniej z faktu posiadania przez niego jakichkolwiek poglądów rasistowskich, lecz jedynie z troski o dobro kultury i cywilizacji. Istoty tutaj nie stanowi dla niego wcale kolor skóry czy rasa, lecz fakt, iż owe „niższe rasy” (czyli ludy kolorowe), podług jego mniemania odznaczają się niezdolnością do budowania cywilizacji, a co najgorsze także do asymilacji wyższej cywilizacji.

Podczas, gdy tymczasem stopień przyrostu naturalnego w ich obrębie jest tak wysoki, iż prowadzi do zmiany na niekorzyść „ras szlachetnych” co raz bardziej z każdym rokiem stosunku procentowego między liczebnością ludów tworzących kulturę a ludów kolorowych. McDougall usilnie dąży do wytępienia ponoć pospolitego w Ameryce złudnego przekonania o tym, jakoby „niższe rasy” miały się same usunąć i być skazane na wymarcie w efekcie zetknięcia się z „wyższą rasą”, podobnie jak miało to miejsce w przypadku Indian, rdzennych Australijczyków czy Tasmańczyków. McDougall uwidacznia jednak fakt, iż wymarcie owych ras nie było samoczynne, lecz doszło do niego wskutek dokonania masowego ludobójstwa i czystek etnicznych w obrębie tych ras. Stąd zaś obecnie rodzi się istotna obawa o to, że ani Hindusi ani Murzyni z własnej woli nie będą chcieli grzecznie powymierać w celu ustąpienia miejsca na ziemi rasom bardziej „szlachetnym”.

Bazując na powyższych przesłankach manifestuje się tutaj dualistyczna ocena religii chrześcijańskiej. Primo, negatywna ewaluacja etyki chrześcijańskiej, jako etyki, podług której postępować by miały „rasy szlachetne”. I secundo – pozytywna ewaluacja religii chrześcijańskiej w ujęciu „opium” dla ras jakich wymarcie jest konieczne dla dobra cywilizacji. Uzasadnia to zaś przykładem Indian, wobec których jeśliby kierowano się ongiś zasadami humanitaryzmu i chrześcijańskiej „miłości bliźniego”, nie dokonując ich eksterminacji ani nie pozbawiając ich większości ziem im należnych, to do dziś byliby oni gospodarzami Ameryki, co spowodowałoby, że nie doszłoby by do powstania Stanów Zjednoczonych, ani ich istnienia obecnie. Podług niego traktowanie „po chrześcijańsku” ludów kolorowych przez rasy wyższe, przyzwalające im na rozwój własnego przemysłu oraz nieograniczony wzrost liczebności ich populacji, w rezultacie spowoduje obniżenie ogólnego poziomu umysłowego (intelektualnego), moralnego i materialnego, a zaś miejsce cywilizacji zajmie chaos. Gdyż, jak twierdzi sam McoDougall: „Największe niebezpieczeństwo grozi naszej cywilizacji ze strony popędu altruistycznego”[7]. I z tej racji podług jego mniemania zadanie filozofa stanowi między innymi oswobadzanie własnego narodu od daremnych i bezużytecznych skrupułów, a też dokonanie substytucji etyki chrześcijańskiej na „etykę nacjonalistyczną”.

Przy czym jednak nie jest konieczna całkowita destrukcja religii chrześcijańskiej, z tej racji, że wyświadczała ona i wciąż może nieocenione usługi, stanowiąc religię dla tych ludów, których wymarcie leży w interesie cywilizacji. Oczekuje się tu od religii chrześcijańskiej, że – jak to ujmuje Nowicki – „z właściwą sobie słodyczą” pogodzi ona ludy kolorowe z ich nieuchronnym losem, wyjaśniając im daremność stawiania wszelkiego oporu, a też zdoła wyuczyć je przyjęcia z pokorą woli Bożej, przygotowując na nieuchronną śmierć i „osładzając” im te ostatnie chwile, łagodząc cierpienie, podobnie jak morfina łagodzi cierpienie w ostatnich chwilach np. chorym umierającym na raka.

Zdumiewający jest dualizm tejże etyki McDougall’a, łączącej w sobie zarazem jednocześnie i nieludzkość, i humanitaryzm. Nieludzkość jest postulowana wydaniem wyroku śmierci na ludy kolorowe. A zaś humanitaryzm – w tym, że pragnie on im jednak ulżyć w cierpieniu i złagodzić im te ostatnie chwile, podając narkotyczne, chrześcijańskie opium.

Tym niemniej, poglądów McDougall’a przytoczonych tu uprzedni nie można absolutnie posądzać o jakąkolwiek oryginalność, gdyż identyczne poglądy były postulowane już wcześniej, jak i później choćby przez niemieckich i włoskich nacjonalistów. Pierwszy lepszy przykład, jaki można tu przytoczyć, stanowią chociażby słowa, jakie napisał w roku 1911 nacjonalista włoskiego pochodzenia, Naselli – cytując:

[…] Misja cywilizowania ludności tubylczej to, w świetle socjologii pozytywnej, coś jak najbardziej komicznego. Ludy cywilizowane nigdy nie cywilizowały ludów [barbarzyńskich, lecz je tępiły…] Tak było z mieszkańcami Ameryki i Australii. Tak będzie nieuchronnie w całej Afryce i w Azji. Tak powinniśmy czynić od samego początku w Trypolitanii i Cyrenajce […][8].

Jednak triumf nad faszyzmem hitlerowskim sprawił, iż świat zaczął zmierzać w zupełnie innym kierunku, odchodząc co raz dalej od takich poglądów.

z21048034V,Tradycyjna-wielkanocna-procesja-w-Maladze-w-Hiszpa

Powyższa dość długa dygresja dotycząca etyki nacjonalistycznej naturalnie nie została tu poczyniona bezcelowo ani jako zwykłe, czysto estetyczne urozmaicenie tylko, lecz w konkretnym i istotnym celu oraz przyczyny. A mianowicie dygresja ta uwidacznia nam sposób, w jaki antagonistyczna wobec zasad humanitaryzmu ideologia nacjonalizmu okazuje poparcie dla religii chrześcijańskiej, służącej jako „artykuł eksportowy” dla ludów, które planuje wymordować i dokonać ich eksterminacji, a w celu ich rozbrojenia moralnego, sparaliżowania i uśpienia ma posłużyć właśnie owa religia – owo „opium” ludu, odurzając ich w narkotycznym letargu. Prócz faktycznej potrzeby opium cierpiących, opium potrzebują również i ci, którym potrzebne ono jest nie do uśmierzenia bólu czy cierpienia, lecz w celu podbijania i ujarzmiania za jego pomocą otumanionych ludzi. Z tej racji rzecz pierwszą i najistotniejszą, jakiej winni sobie uświadomić ludzie głęboko religijni przed podjęciem wszelkich dysput z ateistami dotyczących tematyki religii i ateizmu, stanowi fakt istnienia kategorii takowych „fałszywych obrońców religii”, jakimi powodują najniższe i najbardziej plugawe pobudki jedynie. I z tym związane jest również pewne mylne przekonanie, jakoby ateiście, którzy zwalczają religię z racji jej funkcji społecznej w sposób jawny i otwarty, stanowić mieli głównych wrogów religii.

Podczas gdy faktycznie głównych wrogów religii stanowią nie ateiści, lecz właśnie owi ludzie, którzy właśnie z racji funkcji społecznej religii i jej właściwości narkotycznych, wykorzystują religię, jako narzędzie służące do dokonywania podboju i ujarzmiania poddanych. Ateiści różnią się od nich tym, że ich krytyka religii dokonywana jest niejako z zewnątrz i skoncentrowani w niej są na przekonywaniu, gdy natomiast owi fałszywi obrońcy religii w samo jej serce tłoczą swój toksyczny jad, zatruwając ją i dokonując jej deprawacji. Kolejną kardynalną tu różnicą jest fakt, iż ateiści tylko uwidaczniają to, że religia pełni funkcję opium, a z kolei owi fałszywi obrońcy religii wykorzystują tę jej funkcję, stosując religię jako opium w celu uśpienia w narkotycznym upojeniu tych, których pragną oni ujarzmić.

I wreszcie ostatnie, trzecie stanowisko, którego reprezentantem jest Leonhard Ragaz, który to postuluje, iż ewangeliczna idea Królestwa Bożego – cytując: „[…] to nie opium, ale dynamit”[9]. Przy czym takowe stanowisko dla marksisty wcale nie jest żadną niecodzienną osobliwością, a nawet wręcz przeciwnie, gdyż co więcej, stanowisko to wpisane jest w obręb ram marksistowskiej koncepcji religii, zaś do celu konfirmacji stanowiska Ragaza mogłyby posłużyć liczne teksty autorstwa Engelsa, Lenina bądź to Kautsky’ego. Istota sedna tej różnicy tkwi bowiem gdzie indziej.

Mianowicie w tym, że marksizm – w odróżnieniu od owego stanowiska – posługuje się metodą dialektyczną, co zatem wyklucza rozumowanie podług reguły „albo… albo…”, lecz co wynika z chęci zbadania każdego zjawiska z maksymalną wszechstronnością, bardzo chętnie uwzględnia dualizm zasady „zarówno…. jak…”. W praktyce oznacza to tyle, a zwłaszcza dokonując uogólnienia olbrzymich rozmiarów materiału faktycznego, jaki pochodzi z różnych krajów, epok i okresów historycznych, że pogląd marksisty bazuje na dokonaniu negacji istnienia alternatywy: „albo opium, albo dynamit”, a zamiast tego postuluje, iż religia w dziejach ludzkości pełniła obie te funkcje – zarówno jako opium usypiając, jak też burząc, jako dynamit. Wiąże się to z aprobatom dualizmu ról, jakie odgrywały idee religijne w dotychczasowej historii, jako że prócz tych, które pełniły funkcję opium i usypiały dążenia do restrukturalizacji ustroju społecznego, istniały ponadto również i takie idee religijne, które przy zaistnieniu określonych warunków, w pewnych okresach historycznych i środowisku, pełniły funkcję owego dynamitu, pobudzając do działania. A co zwłaszcza odnosi się do niektórych średniowiecznych „herezji ludowych”, w których forma religijna stanowiła nie tylko szatę, przebranie i maskę dla kryjących się za nimi treści społecznie rewolucyjnych, lecz również i czynnik zapalny, który inicjował i rozpętywał wielkie rewolucyjne burze. Jak rzekł to Engels – cytując:

[…] Umysłom mas karmionych wyłącznie religią musiały być przedstawione ich własne interesy w szacie religijnej, ażeby rozpętać wielką burzę […][10].

Uogólniając, możemy zatem wyszczególnić tu dwie, elementarne funkcje społeczne, jakie pełni religia. Primo, jedną, którą pełniły w wiekach średnich niektóre herezje, wtedy, gdy walka mas ludowych przeciw tym, którzy je wyzyskiwali i ciemiężyli – jak pisze to Lenin: „[…] toczyła się w postaci walki jednej idei religijnej przeciw drugiej […]”[11]. I secundo drugą funkcję, którą pełnią religie panujące. Mimo tego, że w niektórych herezjach forma religijna stanowiła czynnik wspomagający rozszerzanie się i pogłębienie postaw rewolucyjnych, to jednak obecnie to już czasy, które dawno minęły, jak zauważa to również już i Lenin, a w czasach współczesnych już od dość dawna elementarną funkcją religii stało się – całkiem odwrotnie – utrwalanie postawy rezygnacji z walki klasowej, jak też utrwalanie co raz mocniej porządku społecznego, jaki panuje. A rozumianą w tym kontekście ideę Boga, „rozszyfrował” Lenin, który pisze o tym następująco:

[…] Bóg (tak jak go ukształtowały historia i życie) jest przede wszystkim kompleksem idei zrodzonych z otępiającego przytłoczenia człowieka zarówno przez otaczającą go przyrodę, jak i przez ucisk klasowy — idei utrwalających to przytłoczenie, usypiających walką klasową […] Idea boga, […] zawsze krępowała klasy uciskane więzami wiary w boskość ciemięzców[12].

comment_4zwN0qXIGJ5FzA9r4rTydM2VDo8kX6hV,wat

Zarzewia tej myśli można doszukiwać się już w starożytnych ideach Euhemera. Ujmuje on kult bogów jako kult potężnych władców, którzy za swego życia budzili tak wielki lęk, iż lęk ów pozostał niezmienny również i po ich śmierci dalej. I choć władcy ci już dawno poumierali, to ludy wciąż wierzą w to, iż władcy ci nadal żyją w niebiosach, skąd też decydować mają o losach ludzi. Nie jest to wcale już koniec, bynajmniej, jako że po zredukowaniu kultu bogów do kultu dawnych królów można zrobić kolejny krok naprzód, zapytując o to, co stanowi istotną treść owego kultu królów.

Jak się wydaje warunkiem koniecznym tego, by ludzie mogli stać się przedmiotem kultu, jest stanowienie przez nich personifikacji pewnej wartości w świadomości danej grupy społecznej. Tym sposobem kult określonych ludzi jest w zasadzie tożsamy z formą kultu określonych wartości. A jak się wydaje, królowie stanowią ante omnia personifikację pewnego, określonego porządku społecznego, co więc zatem wiara w boskość władców prowokuje wiarę w boskość i nienaruszalność porządku społecznego. I tak uznanie króla za boga (albo syna boga, lub sprawuje on rządy z woli boga) jest tożsame z tym, że reprezentowany przez niego porządek społeczny również jest „boski”, a co umiejscawia go ponad wszelką krytykę, a zaś wszelkie próby jego zburzenia, jakie podejmowane są przez lud czyni bezbożnością. Jak uwidacznia to już Lukrecjusz, analogiczną funkcje spełnia w różnych religiach mit o stworzeniu świata przez bogów.

Przy czym, określając religię mianem „opium”, należy pamiętać o dualistycznym charakterze „usypiającej” funkcji, co uzależnione jest tym, na które klasy wywiera ona działanie. I tak w przypadku społeczeństwa, które wyznaje tylko jedną religię, „jedna i ta sama” religia pełni funkcje dualistycznego rodzaju – inne względem mas uciskanych, a inne względem warstw uciskających.

W przypadku warstwy uciskającej religia służy w dwójnasób. Primo i ante omnia, jako ideologia dla mas uciskanych, która usypia ich opór i dążenia rewolucyjne, ale secundo – również i jako ideologia dla samej tejże warstwy uciskającej. A to z tej racji, iż również samym klasom uciskającym w pewien sposób potrzebne czasem jest owo „religijne opium”, a zwłaszcza wówczas, gdy ich sumienie zdecydowanie nie jest czyste. Ową funkcje usypiania „sumień” klas ciemiężców i wyzyskiwaczy jak dotąd świetnie spełniała (i nadal spełnia póki co) przykładowo choćby religia chrześcijańska. Robiła to na różne sposoby. Ante omnia, poprzez usłużne określanie porządku społecznego opartego na krzywdzie, wyzysku i ucisku, mianem „[..] porządku istniejącego z woli Bożej”[13]. Dalej, poprzez mistyfikowanie stosunków między ludźmi, które ukazywane są jako rzekome stosunki między człowiekiem a Bogiem. I stąd też bierze swe źródło zmistyfikowane, chore pojęcie i idea „grzechu”.

Prowadzi to bowiem do przybierania w religii przez dane, konkretne zło zmistyfikowanej postaci „grzechu”, a który stanowi nie winę wobec człowieka, lecz – wobec Boga. To zaś konsekwentnie prowadzi do – jakże mylnego zresztą i niepoprawnego! – przekonani, iż miast rekompensaty krzywd wyrządzonym konkretnemu człowiekowi, któremu owa krzywda została wyrządzona, winno się – o głupoto! – zabiegać o przebłagania tejże winy u Boga, a co faktycznie oznacza – o zjednanie sobie Kościoła, i to o ile nawet nie jedynie odczynieniem zadanej „pokuty”, o ile raczej należycie hojnym „datkiem” (ofiarą na Kościół, darowizną czy zapisem w testamencie, etc.), czyli mówiąc wprost bez upiększania – po prostu pieniędzmi.

Na tej funkcji religii skupił swą uwagę m.in. Holbach, który unaocznił szkody społeczne, które stanowią konsekwencje mistyfikowania stosunków między władcą a poddanymi, do których prowadzi wpieranie tymże władcom – cytując za Holbachem: „[..] że jedynie Boga powinni się bać wówczas, kiedy szkodzą swym poddanym”, a co w rezultacie podług Holbacha ma powodować to, że – cytując: „[…]monarcha może być pobożny, dokładny w służalczym wypełnianiu swoich obowiązków religijnych, bardzo uległy wobec księży, hojny dla nich, a jednocześnie całkowicie pozbawiony wszelkich cnót i talentów niezbędnych do sprawowania rządów”[14]. W analogiczny sposób także mistyfikowanie stosunków pomiędzy szlachtą a chłopami, które polegało na wpieraniu szlachcie błędnego przekonania, że krzywdy wyrządzane przez nią chłopom, stanowią niby obrazę Boga ( a więc, że za owe krzywdy wyrządzane chłopom, muszą nie chłopom zadośćuczynić, lecz przebłagać Boga, czyli faktycznie – Kościół), w rezultacie stało się powodem wytworzenia się specyficznej odmiany katolicyzmu szlacheckiego w wieku XVII, a o której Stefan Czarnowski pisze następującymi słowy:

[…] Szlachcic polski […] umartwia się, biczuje, pada na twarz, odbywa boso dalekie pielgrzymki. Rozdziela jałmużnę żebrakom, zakupuje msze i obdarowuje kościoły, żądając w zamian, by się zań modlono po jego śmierci. Po tym wszystkim sądzi, że złożył już należny trybut Bogu i sumieniu. Równocześnie […] bez litości gnębi swoich poddanych […][15].

1277046425_by_wymiatacz666_600

I nic w tym dziwnego, przecież podług ówczesnego katolickiego sumienia szlachcica wszelkie krzywdy wyrządzane poddanym przynależne są miast do autonomicznej sfery stosunków interpersonalnych, to do sfery stosunków człowieka z Bogiem. A co zatem, gdy wyrządza on krzywdę poddanemu , której żałuje, jedyny przejaw jego skruchy stanowią usilne starania w celu przebłagania Boga za swe „winy”, czyli np. żarliwe modlitwy, hojny datek na kościół, wykupienie mszy czy też udział w pielgrzymce. A więc czynności i starania jakie tak faktycznie w rzeczywistości są zupełnie bezskuteczne i jałowe, bo nie powodują one absolutnie żadnej realnej zmiany w życiu społecznym, i też w tym tzw. życiu „doczesnym” człowieka.

Taki pogląd na sprawę zapewne wywołał by protesty teologów katolickich, którzy próbowali by oponować, że przecież nie można zarzucać spowiednikom tego, że nie dokładali oni starań mających na celu budzenie sumienia, a też, że gloryfikacja krzywdy wyrządzanej człowiekowi, urastającej do rangi „grzechu”, a który stanowi przecież obrazę Boga, ukierunkowana była na eskalację tychże wyrzutów sumienia.

Niby racja tyle, że i tak – co z tego? Nawet zakładając, iż faktycznie takie właśnie kryły się za tym subiektywne intencje, nie zmienia to wcale faktu, iż z goła całkiem odmienne były tego obiektywne rezultaty – czyli takie, jakie stwierdzić można naukowo np. za pomocą socjologii czy historii. Tymczasem tak faktycznie owa gloryfikacja do rangi grzechu stanowiła w rzeczywistości coś z goła całkiem odmiennego, bo powodowała to, że ów czyn, który był krzywdzący wobec człowieka, zostaje wyłączony ze świata rzeczywistego (a więc pozbawiony swego realnego istnienia) i poddany translokacji do świata nierealnego, czyli „urojonego”, jako byt nie istniejący realnie. W rezultacie sprawiało to, iż poprzez nadanie owej krzywdzie wyrządzonej bliźniemu przez spowiednika miana „grzechu”, który obraża nie człowieka, a Boga, dokonywał on inwersji grzesznika miast frontem, to plecami do owego skrzywdzonego bliźniego, a zaś jego oblicze frontem ku owej istocie tylko urojonej de facto, nie istniejącej realnie.

Analogicznie do tego, co postulował Kanta, w konsekwencji sprawia to, iż owa urojona instytucja, jaką jest katolicki sakrament spowiedzi świętej brzemienna jest w skutki mocno demoralizujące, jakie rodzą się stąd, iż odwraca ona wzrok ludzi od ciążących na nich obowiązków moralnych, a koncentrując ich uwagę na jałowych i bezsensownych obrzędach, jakie rzekomo mają pozwolić na przebłaganie Boga za swe „grzechy” – a też i ich „odpuszczenie”, co zaś jest równoznaczne z oczyszczeniem ze wszystkich win, ich wykasowaniem i „wyczyszczeniem” konta, po jakim to ów delikwent ma być rzekomo zupełnie niewinny i „wybielony” bez skazy, bez względu na to jak wielkie by nie były jego winy, i jak ohydnych zbrodni by się on nie dopuścił – a co więc oczywiste raczej. Tym bardziej jeszcze czyni ową mistyfikację, jaką jest spowiedź, a też i samo pojęcie grzechu poniekąd, zupełnie mylną, bezsensowną, jałową, demoralizującą i ze wszech miar niewłaściwą i niezgodną z żadną logiką czy prawem ludzkim. Spowiedź święta pojmowana właśnie w takim kontekście stanowiła podług Kanta owo „opium dla sumień”[16].

A co więcej jeszcze, to właśnie owo usypianie sumień stanowiło jeden z esencjonalnych czynników, jakie miały umacniać panujący porządek społeczny, a także jedną z elementarnych praprzyczyn wzrostu bogactwa tych instytucji, konsolidujących warstwę tych, którzy usypiali i tych, którzy za to usypianie wyrzutów sumienia, jakie sami wcześniej rozbudzili, dopominali się od tych, których usypiali, horrendalnie hojnych ofiar na rzecz Kościoła, jak też to i jest również obecnie, zwłaszcza w naszym kraju.

Warta napomknięcia tutaj jest także kolejna, jeszcze inna, analogiczna funkcja usypiająca, jaką może pełnić religia względem warstwy uciskanej.

C109K9XXEAEmv6r

A mianowicie tyczy się to konkretnie funkcji pełnionej przez religię podczas trwania okresu przełomu, gdy dochodzi do destabilizacji i krachu
dotychczasowej formacji społeczno – ekonomicznej, wobec klas ginących, dla których rodzące się wówczas nowe stosunki społeczne oznaczają wyrok, skazujący je nieuchronnie na zagładę, a co prowadzi w rezultacie do odczuwania pośród ich członków gradualnie nasilającego się niepokoju, a jakiego źródłem są mnożące się wciąż symptomy rozpadu i kresu „ich świata”, czyli dotychczasowo panującego porządku społecznego. Wówczas to religia może okazać się niezwykle „pomocna”, pomagając takowym „klasą ginącym” poprzez pocieszanie tychże „skazanych” za pomocą nie tylko fantastycznej, ale i iluzorycznej, złudnej i nierealnej wizji „zaświatów”, czyli „tamtego świata”, jaki to czeka na człowieka po zakończeniu tego jakże marnego „życia doczesnego” oraz rzekomej opieki Opatrzności Bożej, jaką ma ona ponoć sprawować nad tym światem i życiem doczesnym człowieka, chroniąc go od wszelkiej krzywdy i zła, a tym samym – omamiając złudnym poczuciem bezpieczeństwa, ufności w jej opiekę, czy przerzucając cały – i niezwykle ogromny zresztą – ciężar odpowiedzialności za ludzkie życie i człowieka na barki wydumanego Boga i tejże czuwającej nad nim Opatrzności Bożej, zwalniając tym samym człowieka ze wszelkiej odpowiedzialności za własne czyny, z co gorsze – także za swe winy i przestępstwa, których się dopuścił – bo czego by się nie dopuścił, to przecież wystarczy iść tylko klęknąć przy konfesjonale i się wyspowiadać, a potem odprawić pokutę, hojnie wynagrodziwszy swe przewinienia Kościołowi, aby wszelkie winy zostały mu odpuszczone, a on niewinny, czysty i „wybielony” niczym sam święty bez winy, może spokojnie i bez żadnych wyrzutów sumienia, żyć dalej bez żadnych konsekwencji moralnych ani karnych, i dalej dopuszczać się kolejnych, nowych win, bo przecież z tych również w podobny sposób zostanie oczyszczony…. Cóż, ot taka to perfidna i paskudna hipokryzja sakramentu spowiedzi świętej i odpuszczenia grzechów, która do dziś nadal identycznie funkcjonuje i ma się świetnie i wyśmienicie, a nawet i wręcz rewelacyjnie, jakkolwiek by to nie był absurdalny paradoks i sprzeczność, nie mająca prawa bytu!

 

CDN….

Przypisy:

[1] E. Durkheim, Elementarne formy życia religijnego, [w:] (red.) F. Adamski, Socjologia religii. Wybór tekstów, Kraków 1984, s. 9.

[2] K. Marks i F. Engels, O religii, Warszawa 1962, s.29.

[3] Ibidem, s.29.

[4] Marxismusstudien, 4 Folge,  Tubingen 1962, s. 28.

[5] Cytat wg. Gollwitzera: Marxismusstudien, 4 Folge, Tubingen 1962, s. 18.

[6] W. McDougall, Religion and the Sciences of Life, New York 1934,  s.55.

[7] W. McDougall, Ethics and some Modern World Problems, New York 1924, s. 5.

[8] Artykuł w L’Economista dell’Italia Moderna, nr 44 z 4 listopada 1911 roku.

[9] Marxismusstudien, 4 Folge, Tubingen 1962, s.17.

[10] K. Marks, F. Engels, Über die Religion, Berlin 1959, s. 212.

[11] W.I. Lenin, O religii, Warszawa 1945, s. 45.

[12] Ibidem, s.46.

[13] Por. wyrażenia papieża Piusa XII: ordre etabli par Dieu, ordino stabilito da

Dio, ordinamento di Dio (Discorsi e Radiomessaggi di Sua Santita Pio XII, tom

12, s. 99; Atti e discorsi di Pio Xli, tom 10, s. 312-313, tom 12, s. 114).

[14] Holbach, Zdrowy rozsądek, [w:] J. Meslier, Testament, Warszawa 1955, s. 222.

[15] S. Czarnowski, Reakcja katolicka w Polsce… Dzieła, Warszawa 1956, tom II, s. 165.

[16] I. Kant: Die Religion innerhalb der Grenzen der blossen Vernunft,

Hamburg 1956, s. 84 i A. Nowicki: Wypisy z historii krytyki religii. Warszawa

1962, s. 106-109 (rozdz. Myśliciele niemieccy o niezależności etyki od religii).